To jest polskie tłumaczenie powieści Asano Atsuko - "No.6" by Aireladien. Na podstawie: http://9th-ave.blogspot.com/

niedziela, 8 stycznia 2012

Rozdział I: Nezumi ociekający deszczem (Część 2)


- Nie ruszaj się. – powiedział chłopiec.

Był ode mnie niższy. Dusząc się, zdołałem wygiąć szyję na tyle, by spojrzeć w jego oczy. Były ciemne i błyszczące. Szare. Nigdy wcześniej nie widziałem takiego koloru oczu, u nikogo. Jego palce zacisnęły się mocniej. W żadnym wypadku nie wyglądał na silnego, a mimo to unieruchomił mnie skutecznie. Nie było to coś, co by potrafiła zrobić przeciętna osoba.

- Widzę – zdołałem wykrztusić – że dla ciebie to nic nowego.

Para szarych oczu pozostała niewzruszona. Przewiercała mnie swoim spojrzeniem na wskroś, połyskując jak gładka tafla spokojnego oceanu. Nie potrafiłem w tych oczach znaleźć żadnych emocji – żadnego strachu, groźby, czy morderczych intencji. Patrzyły na mnie spokojnie i bez wyrazu. Poczułem, że moja panika powoli mija.

- Opatrzę ci ranę. – powiedziałem, oblizując wargi. – Jesteś ranny, prawda? Opatrzę cię.
Mogłem dostrzec siebie samego odbijającego się w oczach intruza. Przez chwilę miałem wrażenie, że zaraz zostanę wciągnięty w te dwie szare studnie bez dna. W końcu odwróciłem wzrok, spojrzałem w dół  i powtórzyłem:

- Pozwól mi opatrzyć swoją ranę. Musimy zatrzymać krwawienie. Opatrzyć. Rozumiesz co mówię, czy nie?

Uchwyt wokół mojej szyi nieco się rozluźnił.

- Shion.

Głos mojej matki znów odezwał się z interkomu. – Masz otwarte okno, prawda?

Nabrałem powietrza. Czułem się dobrze. Wszystko jest w porządku, zapewniłem siebie. Byłem w stanie mówić normalnym głosem.

- Okno…? Ach, no tak, jest otwarte.

- Złapiesz przeziębienie, jeśli natychmiast go nie zamkniesz.

- Wiem.

Usłyszałem jej śmiech po drugiej stronie urządzenia.

- Kończysz dzisiaj dwanaście lat, a nadal zachowujesz się jak małe dziecko.

- Okej, wiem o tym… Ach, mamo?

- Tak?

- Mam do napisania referat. Mogłabyś nie dzwonić do mnie przez jakiś czas?

- Referat? Przecież twój „Specjalny Program dla Uzdolnionych” dopiero się zacznie, a już masz tyle do roboty?

- Hę? Ach… No, już na samym początku mam różne specjalne zadania.

- Rozumiem… Nie przemęczaj się. Zejdź potem na kolację.

Zimne palce zsunęły się z mojego gardła. Już mogłem się swobodnie ruszać. Wyciągnąłem dłoń, by zrestartować kontrolę powietrza. Upewniłem się też, że wyłączyłem system bezpieczeństwa. Gdybym tego nie zrobił, intruz zostałby wykryty jako obcy i natychmiast włączyłby się alarm. Jeśli osoba byłaby oznakowanym obywatelem No.6, nic takiego by się nie stało, ale jakoś nie wierzyłem, że to przemoknięte stworzenie posiada obywatelstwo.

Okno się zamknęło i do pokoju zaczęło napływać ciepłe powietrze. Szarooki chłopiec osunął się powoli na podłogę i oparł o łóżko. Odetchnął głęboko. Był wyraźnie osłabiony. Szybko znalazłem apteczkę. Najpierw sprawdziłem mu puls, a potem rozdarłem jego koszulkę i zacząłem przemywać ranę.

- To…

Zszokowany wpatrywałem się w jego ramię. Ten typ rany był dla mnie zupełną nowością. Chłopiec miał wyrytą płytką pręgę blisko stawu ramieniowego.

- Rana postrzałowa?

- Taa. – odpowiedział wymijająco. – Ale spudłowali. Jaka jest twoja fachowa nazwa na to? Otarcie?

- Nie jestem specjalistą, tylko na razie uczniem.

- „Specjalnego Programu dla Uzdolnionych”?

- Zaczynam w przyszłym miesiącu.

- Łał. Wysokie IQ, co?

W jego głosie zabrzmiała nutka sarkazmu. Przestałem na chwilę przyciskać gazę do jego rany i spojrzałem mu w oczy.

- Nabijasz się ze mnie?

- Nabijam? Akurat w momencie, gdy mnie opatrujesz? Nigdy. Więc jaką masz specjalizację?

Odpowiedziałem mu, że specjalizuję się w ekologii i dopiero co zostałem przyjęty do „Specjalnego Programu dla Uzdolnionych”. Ekologia. Miało to raczej niewiele wspólnego ze sposobami leczenia ran postrzałowych. Dlatego dziś było moje pierwsze doświadczenie  w  udzielaniu komuś pomocy medycznej. Czułem lekką ekscytację. Zastanówmy się, co powinienem zrobić najpierw? Zdezynfekować, opatrzyć… A tak, miałem zatrzymać krwawienie.

- Co ty robisz?

Chłopiec wpatrywał się we mnie, gdy wyciągałem z apteczki strzykawkę. Przełknął ślinę.

- Znieczulenie miejscowe. W porządku, w tym miejscu będzie dobrze…

- Czekaj… czekaj chwilę. Zamierzasz to zamrozić, a potem co?

- Zaszyć.

Możliwe, że powiedziałem to z szerokim uśmiechem na twarzy mówiącym, że nic nie sprawiłoby mi większej przyjemności. Ale zdałem sobie z tego sprawę dopiero po chwili.

- Zaszyć!? Nie masz żadnej prymitywniejszej metody?

- To nie szpital. I akurat tak jakoś się złożyło, że nie posiadam najnowocześniejszego wyposażenia lekarskiego do użytku domowego. Poza tym wydaje mi się, że rana postrzałowa sama w sobie jest prymitywna.

Wskaźnik przestępczości w mieście był bliski zera. No.6 było bezpieczne, więc nie istniała potrzeba, by zwykły mieszkaniec nosił przy sobie broń. A jeśli już ją posiadał, to tylko do polowań. Przepisy pozwalały na dwukrotne organizowanie łowów w ciągu roku. Amatorzy tych przedsięwzięć, z bronią wiszącą im u ramion, wędrowali wtedy na północ w góry. Matka bardzo się temu sprzeciwiała. Mówiła, że nie rozumie, jak ludzie mogą zabijać zwierzęta dla przyjemności, i nie była osamotniona w tych poglądach. W okresowych badaniach opinii publicznej 70% społeczeństwa wyraziło swoją dezaprobatę względem polowania na zwierzęta dla sportu. Zabijanie biednych, niewinnych zwierząt – jakie to brutalne, jakże okrutne…

Ale to krwawiące stworzenie siedzące przede mną nie przypominało lisa czy jelenia. To był człowiek.

- Nie mogę w to uwierzyć. – mruknąłem do siebie pod nosem.

- W co uwierzyć?

- Że istnieją ludzie, którzy są w stanie strzelić do drugiego człowieka… Chyba że… nie powiesz mi chyba, że ktoś z klubu łowieckiego przypadkiem cię postrzelił?

Chłopiec wykrzywił wargi w uśmiechu.

- Klub łowiecki, heh. Właściwie możesz ich tak nazywać. Ale nie postrzelili mnie przez pomyłkę.

- Wiedzieli, że strzelają do człowieka? Przecież to niezgodne z prawem.

- Tak uważasz? Zamiast na lisa, po prostu zdarzyło im się zapolować na człowieka. Polowanie na ludzi. Nie wydaje mi się, żeby prawo tego zakazywało.

- Co masz na myśli?

- Że istnieją myśliwi i zwierzyna.

- Kompletnie nie rozumiem, o czym mówisz.

- Tak podejrzewałem. Nie musisz rozumieć. Więc na serio zamierzasz mnie pokłuć? Nie masz znieczulenia w spray’u, czy czegokolwiek innego?

- Zawsze chciałem komuś zrobić zastrzyk.
Zdezynfekowałem ranę i zaaplikowałem znieczulenie w trzech miejscach wokół niej. Trochę trzęsły mi się ręce, ale w sumie poszło gładko.

- Za chwilę powinno zdrętwieć i wtedy…

- Założysz szwy.

- Dokładnie.

- Masz jakieś doświadczenie?

- Pewnie, że nie. Nie jestem na medycznym kierunku. Ale mam podstawową wiedzę o szyciu żagli. Widziałem to na filmie.

- Podstawowa wiedza o szyciu żagli, mówisz…

Wziął głęboki oddech i spojrzał mi prosto w twarz. Miał wąskie usta, zapadnięte policzki i bladą wysuszoną skórę. To była twarz kogoś, kto nie żył zwyczajnym ludzkim życiem. Rzeczywiście, wyglądał jak nieustannie ścigane zwierzę, wycieńczone i pozbawione drogi do ucieczki. Natomiast jego oczy były zupełnie inne. Nie wyrażały żadnych emocji, ale czułem bijącą od nich nieugiętą siłę. Czy to właśnie była wola życia? Zastanawiałem się nad tym. Nigdy jeszcze nie spotkałem nikogo z takimi oczami, które tak zapadłyby mi w pamięć jak te. I właśnie teraz te oczy wbijały we mnie spojrzenie, bez choćby jednego mrugnięcia.

- Jesteś dziwny.

- Czemu tak mówisz?

- Nawet nie zapytałeś mnie o imię.

- Ach, racja. Ale ja także się nie przedstawiłem.

- Shion*, prawda? Jak taki kwiat?

- Tak. Moja matka lubi drzewa i dzikie kwiaty. A ty jak się nazywasz?

- Nezumi*.

- Hę?

- Moje imię.

- Nezumi… to nie to.

- Nie co?

Ten kolor oczu nie mógł należeć do żadnego szczura. Był zbyt elegancki. Jak… niebo bladym świtem – czy właśnie tak nie wyglądał? Zaczerwieniłem się zażenowany, że zacząłem prawić swoje mądrości jak jakiś kulawy poeta. Celowo podniosłem głos.

- Dobra, zaczynamy.

Nie zapomnij podstawowych kroków przy zakładaniu szwów, powiedziałem sobie. Wszyj najpierw dwa lub trzy jako podstawę, a potem użyj ich jako pomocniczych do przeciągnięcia kolejnych nici. Musi to być zrobione z najwyższą ostrożnością i precyzją… W przypadku ciągłych szwów…

Zadrżały mi palce. Nezumi w ciszy obserwował ich ruchy. Byłem zdenerwowany, ale też trochę podekscytowany. Właśnie wprowadzałem w czyn to, o czym do tej pory jedynie czytałem w podręcznikach. To było niezwykłe uczucie.

Skończyłem szycie i przycisnąłem kawałek czystej gazy do rany. Kropla potu spłynęła mi po czole.

- Więc jednak jesteś zdolny.

Czoło Nezumiego także było wilgotne od potu.

- Po prostu mam sprawne ręce.

- To nie tylko ręce. Twój mózg. Masz tylko dwanaście lat, tak? I wybierasz się na „Specjalny Program dla Uzdolnionych” do najlepszej uczelni. Jesteś super elitą.

Tym razem nie było sarkazmu. To nie był żaden przytyk. W ciszy odłożyłem zabrudzoną gazę i przyrządy do apteczki.

Dziesięć lat temu dostałem najwyższą ocenę w miejskim teście na inteligencję wśród dwulatków. Miasto zapewniało każdemu, kto wyróżniał się zdolnościami umysłowymi czy sportowymi najlepszą edukację, jaką tylko mógł sobie wymarzyć. Do wieku lat dziesięciu uczęszczałem na zajęcia w klasach wyposażonych w najnowocześniejsze sprzęty, pośród innych dzieci z podobnymi do moich wynikami. Pod okiem najwybitniejszych nauczycieli otrzymaliśmy solidną i gruntowną podstawową wiedzę, po czym każdy z nas otrzymał swój własny zespół instruktorów, by rozpocząć kształcenie w kierunku przypisanej specjalizacji. Od dnia, kiedy moja inteligencja została oceniona jako najwyższa, przyszłość była dla mnie pewna. Nieunikniona. Żadna siła nie była w stanie jej zmienić. A przynajmniej tak miało być.

- Łóżko wygląda na wygodne… – mruknął Nezumi, wciąż się o nie opierając.

- Możesz się położyć. Tylko najpierw się przebierz.

Wyciągnąłem czyste ubranie, ręcznik i pudełko z antybiotykami i położyłem to wszystko na kolanach Nezumiego.  A potem dla kaprysu stwierdziłem, że zrobię gorącą czekoladę. Miałem w pokoju wystarczające sprzęty kuchenne, żeby przyrządzić coś ciepłego do picia.

- Niezbyt to modne, co? – westchnął Nezumi i pociągnął za rękaw  koszuli w kratkę.

- Moim zdaniem, na pewno bardziej niż brudna, podarta i zakrwawiona koszulka.

Podałem mu parujący kubek gorącej czekolady. Po raz pierwszy tego wieczoru zobaczyłem jakiś cień emocji w jego szarych oczach. Przyjemność. Nezumi pociągnął duży łyk, po czym mruknął cicho:

- Dobre. Lepsze niż twoje szycie.

- To niesprawiedliwe porównywać te dwie rzeczy. Poza tym uważam, że poszło mi całkiem nieźle jak na pierwszy raz.

- Zawsze taki jesteś?

- Hę?

- Zawsze jesteś taki otwarty? Czy to po prostu normalne dla was, elity spod klosza, nie mieć za grosz poczucia zagrożenia? – ciągnął Nezumi, trzymając kubek w obu dłoniach. – Możecie być sobie w dobrych stosunkach z intruzami, bez żadnego strachu i nie czując niebezpieczeństwa z ich strony, czy tak?

- Czuję niebezpieczeństwo. Strach też. Boję się niebezpiecznych rzeczy i nie chcę mieć z nimi nic wspólnego. I nie jestem na tyle naiwny, by wierzyć, że ktoś, kto wchodzi do mojego pokoju na pierwszym piętrze przez okno jest szanowanym obywatelem.

- Więc dlaczego?

Miał rację. Dlaczego? Dlaczego opatrzyłem ranę obcemu i do tego jeszcze nawet zrobiłem mu gorącą czekoladę? Nie byłem bezdusznym potworem. Ale nie miałem też w sobie na tyle współczucia i życzliwości, żeby wyciągać rękę do każdego rannego, którego spotkam. Nie byłem święty. Nie znosiłem kłopotów i kłótni. Ale mimo wszystko wpuściłem do środka intruza. Jeśli dowiedziałyby się o tym władze miasta, byłbym w poważnych tarapatach. Mogliby uznać mnie za osobę pozbawioną zdrowego rozsądku. Jeśli tak by się stało, to wtedy…

Moje oczy spotkały się z parą szarych. Odniosłem wrażenie, że widzę w nich nutkę rozbawienia. Tak jakby mogły przenikać przeze mnie i widzieć wszystkie moje myśli. I śmiały się z nich. Ścisnąłem się za brzuch i ponownie spojrzałem na Nezumiego.

- Gdybyś był wielkim, agresywnym facetem, bez zastanowienia natychmiast włączyłbym alarm. Ale jesteś niski, wyglądałeś jak dziewczyna i miałem wrażenie, że za chwilę upadniesz. Więc… Więc zdecydowałem, że ci pomogę. Poza tym…

- Poza tym?

Poza tym twoje oczy miały niezwykły kolor, który widziałem pierwszy raz w życiu. I było w nich coś, co mnie przyciągało.

- Poza tym… Zawsze chciałem wiedzieć, jakie to uczucie zszywać żagle na statku. Chyba podobne.
Nezumi wzruszył ramionami i dopił resztę swojej czekolady. Otarł usta wierzchem dłoni i przejechał dłonią po kołdrze.

- Naprawdę mogę tu spać?

- Jasne.

- Dziękuję.

To były pierwsze słowa wdzięczności, jakie od niego usłyszałem od momentu, gdy pojawił się w moim pokoju.


* Shion to po japońsku „aster” (kwiat).
* Nezumi znaczy po japońsku „mysz” albo „szczur”.

czwartek, 5 stycznia 2012

Rozdział I: Nezumi ociekający deszczem (Część 1)


Nezumi był w tunelu. W nieprzeniknionych ciemnościach. Zaczerpnął tchu; powietrze miało nikły zapach wilgotnej pleśni. Posuwał się ostrożnie naprzód cal po calu. Tunel był ciasny. Wystarczający, by był w stanie się przez niego przecisnąć i całkowicie pogrążony w mroku. Nie docierał tutaj nawet najmniejszy promień światła, lecz to właśnie go uspokajało. Lubił ciemne i ciasne przestrzenie. W nich żadne duże stworzenie nie mogło go dopaść. Chwilowo czuł ulgę i spokój. Rana na ramieniu pulsowała tępym bólem, lecz to nie było w stanie go zatrzymać. Poważniejszym problemem była raczej ilość krwi, którą stracił. Rana nie była szczególnie głęboka, został jedynie lekko zadraśnięty. Do tej chwili krew powinna już zacząć krzepnąć i zamknąć otwartą ranę. Lecz mimo to… Poczuł ciepłą ciecz spływającą po skórze. Wciąż krwawił.

Środek przeciwzakrzepowy. Musieli pokryć nim nabój.

Nezumi przygryzł wargę. Potrzebował czegoś, by zatamować krwotok. Trombiny albo soli glinu. Choć w obecnej sytuacji wystarczyłaby mu choćby odrobina czystej wody do przemycia rany.

Ugięły się pod nim kolana. Ogarnęły go zawroty głowy.

Niedobrze.

Omdlenie z powodu utraty krwi. Jeśli to właśnie to, to jest z nim naprawdę źle. Wkrótce nie będzie w stanie się ruszać.

- Ale może nie powinienem się tym przejmować. – usłyszał głos w swojej głowie.

Może to nie byłoby najgorsze rozwiązanie. Skulić się w dusznej ciemności, w odrętwieniu. Ułożyłby się do snu, do długiego snu – i śmierci, która przyniosłaby mu ukojenie. To by nie bolało, nie aż tak bardzo. Poczułby jedynie lekki chłód.

Nie. Byłoby za prosto. Jego ciśnienie krwi gwałtownie by spadło, każdy oddech sprawiałby mu trudność, kończyny zaciążyłyby mu niczym ołów… Z pewnością nie byłoby to bezbolesne.

Chcę spać.

Był zmęczony. Zmarznięty. Ranny. Nie miał już siły się ruszać. Powiedział sobie, że musi znieść cierpienie jeszcze tylko przez chwilę. Lepiej się zatrzymać, przestać walczyć, gdy wiadomo, że jest to bezowocne. Gdzieś w tym tunelu byli ludzie ścigający go. Wszyscy przeciwko niemu. I żadnego,  który by mu przyszedł z pomocą. Więc powinien tutaj zakończyć swoje życie. Skulić się tu i zasnąć. Po prostu się poddać.

Jego stopy nadal posuwały się naprzód. Dłonie po omacku szukały oparcia na zimnych ścianach tunelu. Nezumi uśmiechnął się z wysiłkiem. Głos w głowie wciąż nalegał, by się poddał, lecz ciało nie chciało dać za wygraną. Jakże kłopotliwe było to wszystko.

Została mi godzina. Nie, ledwo trzydzieści minut.

Trzydzieści minut i jego ciało osłabnie już na tyle, że nie będzie mógł ruszyć choćby palcem. W tym czasie musiał jakoś zatrzymać krwawienie i znaleźć bezpieczne miejsce na odpoczynek. Te warunki musiał spełnić, by dać sobie szansę na przeżycie.

Poczuł ruch w powietrzu. Gęsty mrok przed nim stopniowo się rozjaśniał. Mozolnie stawiał krok za krokiem. Wynurzył się ze „swojego” ciemnego i ciasnego tunelu. Teraz znajdował się w szerszym korytarzu otoczonym białymi betonowymi ścianami. Nezumi wiedział, że była to część tunelu kanalizacyjnego używanego jeszcze kilkanaście lat temu, pod koniec dwudziestego wieku. W przeciwieństwie do części miasta znajdującej się na powierzchni, podziemne kanały No.6 były bardzo zaniedbane. Wiele z nich pozostało w niezmienionym stanie od ubiegłego wieku. Ten kanał był właśnie jednym z tych porzuconych i zapomnianych. Nezumi nie mógłby marzyć o lepszym miejscu. Zamknął oczy i przypomniał sobie mapę No.6, którą ukradł z jednego z komputerów w Zakładzie Karnym.

Istniała duża szansa, że ten tunel był opuszczonym szlakiem K0210. Jeśli byłoby tak w istocie, to powinien znajdować się w pobliżu bogatej dzielnicy, zwanej Chronos. Oczywiście mógł się mylić i droga ta równie dobrze mogła prowadzić do ślepego zaułka. Ale jeśli już zdecydował się przeżyć, poruszanie się naprzód było jedyną opcją. Nezumi w swoim obecnym stanie nie miał możliwości wyboru ani czasu na zastanawianie się.

Powietrze znów się poruszyło. Nie było już zatęchłe, jak wcześniej, lecz świeże i wilgotne. Przypomniał sobie, że na powierzchni wcześniej padało. Ten korytarz z pewnością prowadził na zewnątrz.

Nezumi wziął głęboki wdech i poczuł zapach deszczu.

* * *


7 września 2013 roku – dzień moich dwunastych urodzin. Tego dnia tropikalny niż albo huragan, który utworzył się tydzień wcześniej nad północno-zachodnią częścią Północnego Pacyfiku, skierował się na północ, przybierając na sile, aż w końcu uderzył prosto w miasto No.6.

To był najlepszy prezent urodzinowy, jaki kiedykolwiek dostałem. Byłem podekscytowany. Minęła dopiero szesnasta, a już zapadał zmrok. Za oknem drzewa zginały się na wietrze, który odzierał je z liści i łamał co cieńsze gałązki. Uwielbiałem trzaski, które przy tym wydawały. Ten hałaśliwy koncert stanowił zupełne przeciwieństwo typowej codziennej atmosfery panującej w naszym sąsiedztwie – cichej i nadętej, gdzie niedopuszczalny był jakikolwiek głośniejszy dźwięk.

Moja matka wolała małe drzewa od kwiatów, więc dzięki jej entuzjazmowi i spontanicznie sadzonych na każdym wolnym skrawku terenu migdałowcach, kameliach i klonach, nasz ogród rozrósł się w mały lasek. Dzięki temu dzisiejszy hałas na dworze nie mógł się równać z żadnym innym. Każde drzewo wydawało swój własny jękliwy dźwięk. Zerwane liście i połamane gałązki uderzały w szyby, przylepiały się do nich, aż w końcu zmiatał je wiatr. Raz za razem, potężne podmuchy napierały na okna.

Kusiło mnie, żeby je otworzyć. Nawet tak silny huragan nie był w stanie przebić się przez pancerne szkło, a w moim pokoju dzięki systemowi automatycznie kontrolującemu stan atmosfery, temperatura i wilgotność pozostawały na stabilnym poziomie. Dlatego właśnie tak bardzo chciałem otworzyć okno. Otworzyć, wpuszczając powietrze, wiatr,  deszcz, odmianę od rutyny.
- Sion – dobiegł z interkomu głos mojej matki. – Mam nadzieję, że nie myślisz o otworzeniu okna.

- Nie myślę.

- To dobrze… Słyszałeś wiadomości? Niżej położona część Zachodniego Bloku została zalana przez powódź. Okropne, prawda?

Jej głos nie brzmiał, jakby czuła się jakoś wyjątkowo okropnie.

Poza granicami No.6 tereny podzielone były na cztery bloki – Wschodni, Zachodni, Północny i Południowy. Większa część Wschodniego i Południowego przeznaczona była na pola uprawne i pastwiska. Zaspokajały one 60% zapotrzebowania na produkty rolne i 50% na produkty pochodzenia zwierzęcego. Na północy natomiast rozciągały się góry i połacie lasów liściastych, oddane pod całkowity nadzór Centralnego Komitetu Administracyjnego. Bez pozwolenia komitetu nikt nie mógł bezkarnie wejść na ten teren. Nie żeby ktoś stąd w ogóle miał ochotę zapuszczać się w dzikie i niebezpieczne ostępy puszczy, w której od wielu lat nie stanęła ludzka stopa.

W centrum miasta znajdował się ogromny park, który zajmował jedną szóstą całej powierzchni No.6. Było to jedyne miejsce, gdzie można było doświadczyć zmian pór roku i zaobserwować setki gatunków małych zwierząt i owadów, które tam zamieszkiwały.

Zdecydowana większość mieszkańców była zachwycona parkiem i jego „dziką” naturą. Ja za nim nie przepadałem. Szczególnie złe wrażenie robił na mnie budynek Ratusza  sterczący między drzewami w samym środku parku. Posiadał piętnaście pięter, w tym pięć podziemnych i miał kształt kopuły. W No.6 nie było żadnych drapaczy chmur, więc może użycie słowa „sterczał” to lekka przesada. Niemniej jednak Ratusz sprawiał złowrogie wrażenie. Niektórzy nazywali go „Kroplą Księżyca” z powodu jego zaokrąglonej białej elewacji, lecz według mnie bardziej przypominał pęcherz na skórze. Pęcherz, który ni stąd ni zowąd wyrósł w środku miasta. Miejski szpital i Ministerstwo Bezpieczeństwa przylegały do niego tak, jakby chciały go objąć. Wszystkie trzy budynki połączone były ze sobą korytarzami, które wyglądały jak rury gazociągowe. Całość otaczał gęsty zielony las. Park – miejsce ciszy i spokoju dla praworządnych obywateli. Wszystkie rośliny i zwierzęta zamieszkujące to miejsce były dokładnie monitorowane i każdy kwiat, owoc czy najmniejsze nawet zwierzątko pozostawało pod stałą obserwacją.

Mieszkańcy mieli możliwość wybrania sobie najlepszej lokalizacji i pory dnia do cieszenia oka tym wszystkim dzięki miejskiemu systemowi usług. Posłuszna, idealna natura. Lecz nawet ona potrafiła czasami wpaść w gniew, tak jak dzisiaj. Jakby nie patrzeć, szalał właśnie huragan.

Ulistniona gałąź wciąż wytrwale przyczepiała się do mojego okna. Wiatr silnie na nią napierał, a jego ryk odbijał się echem co jakiś czas. Pomyślałem, że przynajmniej jestem w stanie słyszeć, jak szyby rezonują pod jego wpływem. Dźwiękoszczelne szkło odcinało mnie od jakichkolwiek dźwięków z zewnątrz. Pragnąłem usłyszeć i poczuć ten szalejący wściekle wiatr. Prawie że bez zastanowienia otworzyłem okno na oścież. Wichura i deszcz wdarły się do środka. Wiatr dudnił, jakby pochodził gdzieś z głębi ziemi. To był ryk, jakiego już dawno nie słyszałem. Wyciągnąłem przed siebie ręce i także zacząłem krzyczeć. Dźwięk ginął wśród burzowych zawodzeń, by nie dotrzeć do czyichkolwiek uszu. A ja wciąż krzyczałem, bez żadnego powodu. Krople deszczu wpadały mi do gardła. Wiedziałem, że zachowywałem się dziecinnie, mimo to nie potrafiłem przestać. Deszcz jeszcze się nasilił. Jakże ekscytująco byłoby teraz zdjąć ubranie i zanurzyć się w tej ulewie. Spróbowałem wyobrazić sobie siebie nago biegającego wśród szalejącej nawałnicy. Zostałbym z pewnością uznany za szaleńca. Ale i tak czułem nieodpartą pokusę, by to zrobić. Znów otworzyłem szeroko usta, połykając krople wody. Chciałem zdusić w sobie ten dziwny impuls. Bałem się tego, co czaiło się w mojej duszy. Czasami czułem się przytłoczony dzikim przypływem emocji.

Złam to.

Zniszcz to.

Co zniszcz?

Wszystko.

Wszystko?

Włączył się sygnał ostrzegawczy. Informował mnie, że warunki atmosferyczne w pokoju pogarszały się. Ostatecznie okno zaraz samo się zamknie i automatycznie zablokuje. Rozpocznie się osuszanie i wyrównywanie temperatury, wszystkie mokre rzeczy w pokoju –  łącznie ze mną – zostaną natychmiastowo wysuszone. Wytarłem mokrą twarz w zasłonę i skierowałem się do drzwi, by wyłączyć system kontroli powietrza.

Co by się stało, gdybym w tym momencie posłuchał sygnału z systemu? Bywają chwile, kiedy się nad tym zastanawiam. Jeśli zamknąłbym okno i wybrał suchą wygodę swojego pokoju, moje życie wyglądałoby zupełnie inaczej. Nie, nie żałuję tego co się stało, nic z tych rzeczy. Po prostu się zastanawiam. Mój starannie kontrolowany świat zmienił się przez jeden mały zbieg okoliczności – 7 września 2013 roku w burzowy dzień przypadkiem otworzyłem okno. To była bardzo osobliwa refleksja.

 I mimo, że nie mam jakiegoś konkretnego Boga, w którego bym wierzył, są takie chwile kiedy po prostu jestem przekonany, że istnieje coś takiego jak „wola wyższa”.

Nacisnąłem przełącznik. Sygnał ucichł. Nagła cisza wypełniła pokój.

- Heh.

Usłyszałem niewyraźny śmiech za plecami. Instynktownie odwróciłem się, a moje usta wydały krótki okrzyk. Za mną stał chłopiec, przemoczony do suchej nitki. Musiała minąć chwila, zanim zorientowałem się, że to rzeczywiście chłopiec. Jego sięgające ramion włosy prawie całkiem zakrywały drobną twarz. Szyja i ramiona wystające z koszulki z krótkim rękawem były nienaturalnie chude. Nie potrafiłem właściwie do końca stwierdzić, jakiej jest płci, czy jest młodszy, czy starszy niż to, na ile wyglądał. Moje oczy i uwaga były za bardzo skupione na jego lewym ramieniu pokrytym czerwienią, bym mógł myśleć o czymś innym.

To był kolor krwi. Jeszcze nigdy w swoim życiu nie widziałem nikogo, kto by krwawił tak obficie, jak on. Odruchowo wyciągnąłem dłoń w jego kierunku. Sylwetka intruza rozmyła mi się przed oczami. Ułamek sekundy później poczułem uderzenie i zostałem z wielką siłą przyciśnięty do ściany. Następnym, co poczułem, był lodowaty dotyk na szyi. Dotyk pięciu palców zaciskających się wokół mojego gardła.